W Sztokholmie mówią, że nie jesteśmy opaleni. Spodziewano się, że po sześciu miesiącach w Hiszpanii, będziemy spaleni na heban. Na nic zdają się tłumaczenia, że przed andaluzyjskim słońcem ucieka się jak przed zarazą. Tego akurat Szwedzi, pomimo całej swojej otwartości, nie mogą zrozumieć/ Ich miasta zbudowane są na mokrych skałach porośniętych mchem i nie zmieni tego żaden zestaw z Ikei.
A jednak pięknie tu i czasami spacerujemy do stacji podmiejskiej kolejki tylko po to, żeby zobaczyć jak punktualnie odjeżdżają stamtąd lśniące, srebrne pociągi. Właśnie na tych małych pewnikach, opierać się musi skandynawski komfort. Człowiek, po prostu wie, że pociąg przyjedzie, automat do biletów będzie działał, itd., więc spokojnie można zająć myśli innymi sprawami. Wszystko tu jest tak klarowne, użyteczne i przyjazne, że nieustannie budzi w nas kulturowy szok. Szwedzi kochają swój kraj i są z niego dumni ale patriotyzm to u nich zadbany trawnik i jazda zgodnie z przepisami, a nie darcie ryja i palenie opon pod kancelarią.
A Hiszpanie? Nie wiem czy kochają swój kraj, ale na pewno kochają swoje miasta i swoich sąsiadów. Kochają też spędzać wspólnie czas, jeść i pić, a ponad wszystko kochają rozmawiać. Ileż to razy stałem w kolejce, czekając, aż klient i kasjer skończą, przeciągająca się w nieskończoność pogawędkę jak gdyby toczona była ona przy kawiarnianym stoliku. Oczywiście polskie wkurwienie na taki przymusowy postój dawało się we znaki bo agresja na każdą niedogodność to u nas reakcja podstawowa, ale z czasem wszystko to uległo złagodzeniu. Hiszpański luz, spokój, swoboda. Człowiek zanurza się w tym jak w oceanie. Żyj i daj żyć innym. Święte słowa, ciągle tak fundamentalnie nierozumiane w kraju nad Wisłą.
Usiądź, porozmawiaj, napij się. Już teraz zaczyna mi tego brakować. Wszystko. każdy sklep, sklepik, magazynek, składzik, kanciapa, wszędzie tam gdzie się sprzedaje i kupuje, wszystko to służy rozmowie i zaopatrzone jest w chociażby jeden plastikowy stoliczek i dwa krzesełka dumnie reklamujące na oparciach zimne Cruzcampo.
Kiedy to było? Zdaje się, że całe lata minęły od czasu kiedy zrobiliśmy z Ramonem trzy rundki na wysypisko starym Fordem z przyczepką bez homologacji. Żar lał się z nieba. Cali umorusani od popiołu i gruzu siedliśmy na małą kawkę i bocadillo w Venta Estebana. Pod sufitem w równych rzędach wisiały tuszę wołowe i wędzone racice, niektóre po sto euro za kilogram, bo robione z dzikiej świni co biega po lesie żywiąc się jedynie czarną borówką. Zaraz obok regał z winami, a po przeciwnej stronie stoilki bukmacherski i kolektura totolotka. Wszystko obsługiwał jeden barman, zgrabnie przeskakując od nalewaka do automatu drukującego kupony, jednocześnie komentując wyniki piątej gonitwy. Pytam się Ramona co znaczy Venta, czy to sklep, bar, kolektura? Wszystko po trochu – odpowiada. Venta to sprzedaż, sklep ale też karczma, bufet, bar. Patrzy na mnie jak próbuję przyswoić całe to bogactwo. Patrzy i uśmiecha się a potem odpalamy wóz i wracamy tą samą drogą przez słonecznikowe pola.
I tak to leci przez pięć miesięcy. Jedna wielka lekcja, brzmiąca: gdziekolwiek byś nie pojechał, wszędzie, dosłownie wszędzie, znajdą się ludzie, którzy ci pomogą, pokażą drogę, nakarmią i zaproszą pod swój dach jak gdyby to była najprostsza rzez pod słońcem. Tych ludzi jest na pęczki, po prostu pojawiają się przy tobie a im bardziej są ci obcy, tym więcej macie wspólnego, bo bliskość kraju, języka, pochodzenia, nie jest mostem ale barierą, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy podstawowe.
Hiszpania była dla nas dobra. Ogrzała nas. Opaliła od środka. Myśl, że cały nasz dobytek leży teraz w bagażniku Volkswagena Polo zaparkowanego na długoterminowym parkingu przy lotnisku w Maladze wywołuje we mnie chichot. Wracamy tam. Znów zobaczę Hiszpanię.

 

Kontynuuj Czytanie „Midsommar”