Pod koniec sierpnia pojechałem do Verdun zobaczyć miejsce jednej z największy bitew I wojny światowej i tym samym zamknąć kilkuletnią obsesje myślenia o tamtej wojnie czymś w rodzaju osobistej cmentarnej pielgrzymki. W mieście zaplanowano szereg atrakcji, których zwieńczeniem miała być rekonstrukcja historyczna z udziałem ponad tysiąca osób z 18 krajów. Chciałem tam być. Chciałem też przełamać impas w niepisaniu i gdzieś po cichu marzył mi się jeden z tych solidnie napisanych artykułów ze zdjęciami i wypowiedziami bohaterów pisanych kursywą. Coś co spokojnie można by opublikować w jednym z tych fajnych światopoglądowych tygodników, a później napawać się widokiem swojego nazwiska w spisie treści kartkując pismo podczas nocnych wypadów na BP po zimny Okocim w puszce.

Ostatecznie jednak zrobiłem tylko kilka nieostrych zdjęć i nie przeprowadziłem żadnego wywiadu.

Kontynuuj Czytanie "Kości"

W Sztokholmie mówią, że nie jesteśmy opaleni. Spodziewano się, że po sześciu miesiącach w Hiszpanii, będziemy spaleni na heban. Na nic zdają się tłumaczenia, że przed andaluzyjskim słońcem ucieka się jak przed zarazą. Tego akurat Szwedzi, pomimo całej swojej otwartości, nie mogą zrozumieć/ Ich miasta zbudowane są na mokrych skałach porośniętych mchem i nie zmieni tego żaden zestaw z Ikei.
A jednak pięknie tu i czasami spacerujemy do stacji podmiejskiej kolejki tylko po to, żeby zobaczyć jak punktualnie odjeżdżają stamtąd lśniące, srebrne pociągi. Właśnie na tych małych pewnikach, opierać się musi skandynawski komfort. Człowiek, po prostu wie, że pociąg przyjedzie, automat do biletów będzie działał, itd., więc spokojnie można zająć myśli innymi sprawami. Wszystko tu jest tak klarowne, użyteczne i przyjazne, że nieustannie budzi w nas kulturowy szok. Szwedzi kochają swój kraj i są z niego dumni ale patriotyzm to u nich zadbany trawnik i jazda zgodnie z przepisami, a nie darcie ryja i palenie opon pod kancelarią.
A Hiszpanie? Nie wiem czy kochają swój kraj, ale na pewno kochają swoje miasta i swoich sąsiadów. Kochają też spędzać wspólnie czas, jeść i pić, a ponad wszystko kochają rozmawiać. Ileż to razy stałem w kolejce, czekając, aż klient i kasjer skończą, przeciągająca się w nieskończoność pogawędkę jak gdyby toczona była ona przy kawiarnianym stoliku. Oczywiście polskie wkurwienie na taki przymusowy postój dawało się we znaki bo agresja na każdą niedogodność to u nas reakcja podstawowa, ale z czasem wszystko to uległo złagodzeniu. Hiszpański luz, spokój, swoboda. Człowiek zanurza się w tym jak w oceanie. Żyj i daj żyć innym. Święte słowa, ciągle tak fundamentalnie nierozumiane w kraju nad Wisłą.
Usiądź, porozmawiaj, napij się. Już teraz zaczyna mi tego brakować. Wszystko. każdy sklep, sklepik, magazynek, składzik, kanciapa, wszędzie tam gdzie się sprzedaje i kupuje, wszystko to służy rozmowie i zaopatrzone jest w chociażby jeden plastikowy stoliczek i dwa krzesełka dumnie reklamujące na oparciach zimne Cruzcampo.
Kiedy to było? Zdaje się, że całe lata minęły od czasu kiedy zrobiliśmy z Ramonem trzy rundki na wysypisko starym Fordem z przyczepką bez homologacji. Żar lał się z nieba. Cali umorusani od popiołu i gruzu siedliśmy na małą kawkę i bocadillo w Venta Estebana. Pod sufitem w równych rzędach wisiały tuszę wołowe i wędzone racice, niektóre po sto euro za kilogram, bo robione z dzikiej świni co biega po lesie żywiąc się jedynie czarną borówką. Zaraz obok regał z winami, a po przeciwnej stronie stoilki bukmacherski i kolektura totolotka. Wszystko obsługiwał jeden barman, zgrabnie przeskakując od nalewaka do automatu drukującego kupony, jednocześnie komentując wyniki piątej gonitwy. Pytam się Ramona co znaczy Venta, czy to sklep, bar, kolektura? Wszystko po trochu – odpowiada. Venta to sprzedaż, sklep ale też karczma, bufet, bar. Patrzy na mnie jak próbuję przyswoić całe to bogactwo. Patrzy i uśmiecha się a potem odpalamy wóz i wracamy tą samą drogą przez słonecznikowe pola.
I tak to leci przez pięć miesięcy. Jedna wielka lekcja, brzmiąca: gdziekolwiek byś nie pojechał, wszędzie, dosłownie wszędzie, znajdą się ludzie, którzy ci pomogą, pokażą drogę, nakarmią i zaproszą pod swój dach jak gdyby to była najprostsza rzez pod słońcem. Tych ludzi jest na pęczki, po prostu pojawiają się przy tobie a im bardziej są ci obcy, tym więcej macie wspólnego, bo bliskość kraju, języka, pochodzenia, nie jest mostem ale barierą, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy podstawowe.
Hiszpania była dla nas dobra. Ogrzała nas. Opaliła od środka. Myśl, że cały nasz dobytek leży teraz w bagażniku Volkswagena Polo zaparkowanego na długoterminowym parkingu przy lotnisku w Maladze wywołuje we mnie chichot. Wracamy tam. Znów zobaczę Hiszpanię.

 

Kontynuuj Czytanie „Midsommar”

Trociny na podłodze w Cafe Manolo są drobne jak cukier-puder a gwar popołudnia ma na sobie przetarty roboczy kombinezon kolory wskazującego na brąz. Taki sam odcień mają oczy Manola, który przechodzi na drugą stronę metalowego kontuaru oddając bar w ręce swojego potomstwa (pokrewieństwo rzuca się w oczy; w rodzinie Manola nie tylko otyłość, ale i bokobrody, przekazywane są dziedzicznie). Ten symboliczny gest budzi wśród klienteli spore poruszenie. Po obu stronach Manola zasiadają stali bywalcy, by stuknąć się z nim kieliszeczkiem anyżówki i głośno komentować zmianę w jakości obsługi a niezrażone docinkami rodzeństwo zaczyna zbierać lawinową ilość zamówień z przeciwległych końców baru, czasami tylko spotykając się w środku przy wiekowej, chromowanej kasie. Zaczyna się ruch wywołany popołudniową przerwą w pracy.

Pojawiają się przed nami dwie lodowate Alhambry i talerz smażonej cukinii. Chwilę potem awokado skropione oliwą i octem winnym. Schodzą się robotnicy z pobliskiej budowy, urzędnicy z plikami papierów wciśniętych w wymięte teczki. Lud pracujący miast i wsi. A wśród nich my – polskie parobki? Turyści? Pomocnicy ogrodnika? Spijam piwo z podniesionym czołem. Dwa miesiące na polu uprawniają mnie do bycia tutaj. Jak co drugiemu klientowi, mi również, z tylnej kieszeni spodni wystaje para roboczych rękawic. Tyle, że oni nie robią tego dla zabawy… Pociągam z butelki rozważając etyczne aspekty swojego położenia. Koniec końców, tu i teraz, nie ma to żadnego znaczenia. Wypchane kamieniami taczki ważą tyle samo dla nich i dla mnie – tłumacze sobie rozglądając się po lokalu. Gwar w obcym języku potrafi płynąć jak melodia. Wracają do mnie, ni stąd ni zowąd, niektóre polskie słowa. Na przykład „ciułać” albo „ciastka”. Miękkie polskie słowa, którymi się mlaska albo ćwierka. I przypominam sobie te okrągłe ciasteczka z dziurką, posypane ostrymi kryształkami cukru. Rodzinne wizyty, podczas których moczyłem je w herbacie tak długo, aż rozklejały się i lądowały na dnie szklanki. Takie nic z przeszłości. Pasażerowie pamięci co jadą na gapę i wyskakują z pociągu kiedy chcą, wywołując przy okazji bolesną tęsknotę za przeszłością.

Kilka dni później droga powrotna z Villa de Abdalajis. Wyjeżdżamy o zmierzchu. W ostatnich minutach wieczornego słońca grupa nastolatków idzie ulicą, Szare dresy, trądzik i tutejsza modna fryzura – włosy zaczesane na bok w bulwiastą falowaną grzywkę. Miasteczko, jak wszystkie tutaj, małe, białe i niskie, z siatką gęstych, krętych uliczek, wciśnięte pomiędzy jedno a drugie wzgórze albo zepchnięte do rzeki, jakby zamiecione na stos.
„Ciekawe co robią tutaj nastolatki?” – mówię do Zofii.
Myśląc o tym przecinamy Malagę kierując się dalej na wschód, wybrzeżem przez Nerje, La Herradure i w końcu do Almunecar. Na zmianę tunelem albo wiaduktem, z którego nocą widać jedynie jasno oświetlone stadiony piłkarskie i poniedziałkowe treningi lokalnych drużyn a za nimi czarną pustkę morza.

 

1 sierpnia.

Na dworcu dopada mnie ból głowy, który natychmiast postanawiam zamienić na ból żołądka za sprawą wyjątkowo podejrzanej zapiekanki z pieczarkami i prażoną cebulką, która sypie się z bułki na peron jak czarne, zwęglone konfetti.
Poza tym wszystko dobrze.

Zaczynają wyć syreny. Pewnie jakieś monstrum wylazło z Wisły i zrównuje miasto z ziemią.
Albo to albo godzina „W”.
Nie wiem. Torunia z dworca nie widać. Być może uciekłem w ostatniej chwili, spakowany i gotowy do drogi. Zaglądam do worka: kurtka, gacie, kindle, czarny scyzoryk…
Zestaw małego powstańca.

Kilka godzin później siedzę z Olą pod Pałacem Kultury, który ma w sobie coś z troskliwego ojca kiedy tak obejmuje nas pomiędzy dwoma knajpami.

Rozmawiamy.
Bywało lepiej, bywało gorzej, ale ciągle tu jesteśmy. Tak chyba można to podsumować.

Dookoła nas żywi ludzie. Tu i ówdzie rozpoznać można celebryckie rysy.

Zaczyna padać ale nie ruszamy się z leżaków pozwalając by sierpniowy deszcz rozcieńczył nam wiśniówki.
Zaczyna padać mocniej. Zamawiamy kolejne i chowamy się pod dach. Tu i ówdzie celebryckie rysy szukają schronienia bo jak wiadomo deszcz pada po równo na prawych i nieprawych. (Mateusz 5:45)

Rozpoznaje znaną twarz. Nasze spojrzenia przecinają się w poprzek tarasu jak wyjątkowo kolizyjne skrzyżowanie. Kobieta, której nazwiska nie pamiętam, ale którą znam, tylko nie wiem skąd.
Kolejke później przypominam sobie, że to znana krytyczka literacka, którą wielokrotnie widziałem wTVP Kultura. Alkohol uderza mi do głowy i przez moment zastanawiam się czy aby nie podejść do niej i nie pokazać jej mojej powieści, ale potem alkohol przestaje uderzać a ja przypominam sobie, że przecież nie napisałem wcale żadnej powieści, więc cichutko wracam do baru po, czwartą z kolei, wiśniówkę.

Przychodzi Marcin i razem z Olą zabierają mnie na zupę z tofu.
Przesadzam z przyprawami. Oczy wyłażą mi z orbit.
Czuje, że żyję.
Poza tym wszystko dobrze.

Warsztat tapicerski ukryty w suterenie starej, burej kamienicy. Na środku pomieszczenia kanapa obdarta do połowy z obicia. Przypomina oprawiane zwierze. Oglądamy próbki materiałów, w końcu decydując się na miedziano-miodowy zamsz z białym, lśniącym haftem. Potem warzywniak w przejściu podziemnym. Babcia Zofii skrupulatnie przebiera w owocach a ja opieram się o chłodną szybę witryny i patrze na przechodzące tunelem kobiety wychodzące z ciemności w światłość.

Z. sprzedaje mieszkanie. Od dziesiątej biega po urzędach w czarnych spodniach i kremowej bluzce, kupionej i przypalonej papierosem tego samego dnia. My w tym czasie oddajemy dywan do czyszczenia skracając sobie drogę poprzez dziurawe podwórza i handlowe pasaże pełne lichych sklepików z pasmanterią i używanymi telefonami. Sprzątamy też mieszkanie Z. opróżniając je z rzeczy niepotrzebnych bądź zbyt cennych żeby zostawić je nowemu lokatorowi. Wyniesione na śmieci graty znikają rozparcelowane przez niewidzialnych mieszkańców. Czuję jak obserwują mnie zza firanek gdy taszczę do kontenera kolejny karton pełen szklanek i pogiętych foremek do ciasta.

Słupsk. Bramka namalowana na ceglanym murze. Obok coś co wygląda jak nazistowski orzeł. Niemcy są blisko. Niewiele potrzeba żeby wyobraźnia podsunęła ci widok bombowców przecinających zachmurzone, fioletowe niebo.

Kontynuuj Czytanie "Dziesięć najlepszych fotografii jakie zrobiłem"