Pod koniec sierpnia pojechałem do Verdun zobaczyć miejsce jednej z największy bitew I wojny światowej i tym samym zamknąć kilkuletnią obsesje myślenia o tamtej wojnie czymś w rodzaju osobistej cmentarnej pielgrzymki. W mieście zaplanowano szereg atrakcji, których zwieńczeniem miała być rekonstrukcja historyczna z udziałem ponad tysiąca osób z 18 krajów. Chciałem tam być. Chciałem też przełamać impas w niepisaniu i gdzieś po cichu marzył mi się jeden z tych solidnie napisanych artykułów ze zdjęciami i wypowiedziami bohaterów pisanych kursywą. Coś co spokojnie można by opublikować w jednym z tych fajnych światopoglądowych tygodników, a później napawać się widokiem swojego nazwiska w spisie treści kartkując pismo podczas nocnych wypadów na BP po zimny Okocim w puszce.

Ostatecznie jednak zrobiłem tylko kilka nieostrych zdjęć i nie przeprowadziłem żadnego wywiadu.

Pierwszą noc spędziłem w Mainz. 102 lata wcześniej, z tamtejszego garnizonu, wymaszerowały w stronę Verdun niemieckie kompanie. W 1916 roku, po dziewiętnastu miesiącach od rozpoczęcia wojny, umysły ówczesnych dowódców ogarnęła fanatyczna determinacja. Wojna trwała już zbyt długo i pochłonęła zbyt wiele ofiar by się nie z niej wycofać. Opór Francuzów oraz statyczna natura wojny okopowej uniemożliwiały rozstrzygający atak. Generałowie cesarstwa z Erichem von Falkenheaynem na czele postanowili więc doprowadzić przeciwnika do kapitulacji wojną na wyczerpanie. Plan był prosty i groteskowo ponury. Wykrwawić Francję. Atakować jeden punkt, zadawać i ponosić straty licząc, że przeciwnik poniesie ich więcej. Za cel tych działań obrano Verdun. Otoczona obronnymi fortyfikacjami miejscowość, była kluczowym punktem na drodze do Paryża. Niemcy liczyli więc, że w obronie tego strategicznego obszaru francuska armia gotowa jest ponieść największe straty. Nie mylili się. Francja musiała utrzymać Verdun żeby nie upaść i gotowa była bronić go za wszelką cenę. Nie trudno zauważyć, iż cały plan do cna przenikało analityczne usposobienie pruskich wojskowych. Przelicznik żołnierzy niemieckich do francuskich wypadał na korzyść tych pierwszych, więc z samej tylko matematyki wykalkulować można było klęskę przeciwnika. Nigdy wcześniej metafory „mięsa armatniego” nie potraktowano tak dosłownie. Wynik? Po obu stronach frontu zmarło, zaginęło lub zostało rannych łącznie ponad sześćset tysięcy żołnierzy. Myślałem o tych liczbach jadąc autostradą. Pachniała historią i McDonaldem. Kilometr za kilometrem krajobraz co raz bardziej przesiąkał wojną. Najpierw w postaci informacyjnych znaków i tablic a w końcu nekropolii którymi obsiana jest dolina Mozy.

Może nie jestem specem, ale chodzę po cmentarzach regularnie i z uwagą. Te z I wojny są inne. Wyróżniają się i charakteryzuje je pewna staroświecka szlachetność. Nie ważne jak byłyby małe i skromne zawsze starano się je ogrodzić i wyróżnić z otoczenia, choćby przez niski kamienny murek. Być może ten porządek przestrzeni miał wynagrodzić żołnierzom chaos ich własnej śmierci. Najczęściej są też egalitarne. Polegli wszystkich armii i narodowości nieraz leżą ramię w ramię w symbolicznym i dosłownym pojednaniu, bo nie było czasu ani środków żeby przewozić ciała zmarłych do ich ojczyzn, nie mówiąc już o miejscu ich urodzenia. To sprawia, że cmentarze są wartością wspólną. Zbyt stare by stać się doraźną polityką, zbyt ponadczasowe by uginać się pod ciężarem pojedynczej martyrologii. Niosą przez to pewien spokój, a może nawet nostalgię jakby pochodziły z innej epoki. Odległych, spokojniejszych czasów. Czuje to wyraźnie dojeżdżając do Consenvoye. Cmentarz jest przy samej drodze. Ten akurat „należy” wyłącznie do niemieckiej żołnierzy. Skromny jak na warunki Verdun, niecałe 12 000 poległych. Nazwiska wyryte na prostych, metalowych tablicach. W cieniu topoli, na krótko przystrzyżonej trawie, równe rzędy krzyży a pomiędzy nimi macewy należące do niemieckich wojskowych żydowskiego pochodzenia. Czuje lekki dreszcz widząc gwiazdę Dawida podpisaną Infanterist „żołnierz piechoty”, a zaraz potem przypominam sobie, że to przecież inna wojna, wojna sprzed holokaustu a więc wojna innego świata. W samym Verdun widać to samo. Sto lat temu przez te ziemie przetoczyła się niewyobrażalna pożoga ale foldery turystyczne reklamują region hasztagiem #loverdun, samo miasto zaś dumnie nosi tytuł światowej stolica pokoju. Przeszłość jest obecna, cmentarze zadbane i oznaczone na mapach ale jednocześnie jest też ona bezpiecznie odległa. Nie żyje już żaden uczestnik pierwszej wojny światowej, powoli odchodzą wszyscy którzy jej uczestników pamiętali. Na polu namiotowym kampery i znudzone dzieciaki kąpiące się w basenie. Wakacyjna idylla u schyłku kolejnego turystycznego sezonu.

 

 

 

 

Wszyscy, którzy czytali o I wojnie, znają te historie. Technika zabijania wkraczająca w XX wiek a jednocześnie ciągle oszałamiająco prymitywna i archaiczna. Konie, bagnety. Wozy grzęznące w błocie. Gołębie, psy, gazy bojowe a w odpowiedzi, pierwsze maski gazowe przez które nie dało się patrzeć ani oddychać. Przede wszystkim zaś okopy i bombardowania. Niespotykane w historii użycie dział, armat i pocisków. Chłopcy rzucający w siebie kamieniami po dwóch stronach podwórka. Tu także liczby odsłaniają fakty na równi z niepojętym absurdem. Według niektórych obliczeń, na ziemię wokół Verdun spadło 600 milionów pocisków. Niemcy, niedoścignieni mistrzowie militarnej poetyki, nazwali operację Gericht czyli „sąd” i w tym duchu rozpoczęli atak nieprzerwanym 10-godzinnym bombardowaniem ostrzeliwując pozycje wroga ponad milionem pocisków. Przez dziewięć miesięcy walk wybuchy zdołały obniżyć o kilka metrów całe wzniesienia na zawsze zmieniając topografię terenu. Symetryczna harmonia panująca na cmentarzach to tylko przykrywka dla brutalnej rzeczywistości. W Verdun chodzi się po kościach. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż na okolicznych wzgórzach, naznaczonych cała galaktyką dołów, dziur, wgnieceń i kraterów – pamiątek po 300 dniach ostrzału. Po wojnie obszar ten (w sumie 20.000 hektarów) postanowiono zalesić. Część za pomocą zaplanowanej akcji sadzenia drzew, część w procesie samoistnego odradzania się przyrody. Efektem jest niski spokojny las o niebywałej charakterystyce. Leje zarosły mchem, okopy straciły kontury i głębokość, ale wszystko nadal tam jest, jak zagojona ale wyraźna blizna. Jadę powoli asfaltowa alejką, co jakiś czas wychodząc z samochodu żeby przejść się wśród drzew. Mam pod stopami szczątki 80.000 żołnierzy których ciał nigdy nie zdołano wydobyć.

 

 

 

 

Jest też muzeum. Zawsze musi być muzeum. Niski, skromny sześcian wymalowany od środka żałobną czernią. Jak na miejsce poświęcone bitwie, ekspozycja ma nad wyraz antywojenny przekaz. Zaczyna się standardowo, parter to historyczne wprowadzenie do konfliktu. Mapy, dowódcy, uzbrojenie..Idąc wyżej, piętro po piętrze, wojenny heroizm zaczyna ustępować desperacji i traumie. Front bitwy przypominał fabrykę. Dzień i noc dowożono tam zaopatrzenie, ludzi, zwierzęta i broń. 300 tysięcy bochenków chleba, 800 ton paszy. Przemysł wojny, żarłoczny i nieposkromiony. W nadziei, że uda się jakoś odciążyć żołnierzy, Francuzi wprowadzili system rotacyjny, przesuwając poszczególne oddziały od pierwszych do ostatnich linii i na odwrót, tak że wszyscy walczący przechodzili przez różne pozycje jak gracze w siatkówce. Wprowadzono też urlopy i zwolnienia, więc cała rzeź zaczynała przypominać uporządkowany system pracy na taśmie. Przez pola Verdun przewinęło się łącznie 3/4 francuskiej armii. Straty w ludziach przekroczyły wszelkie najgorsze prognozy. Żołnierze ginęli od pocisków, chorób, zimna. Tonęli w błocie. Dusili się gazem musztardowym albo ziemią z zawalonego okopu. Verdun – jedno z największych zwycięstw francuskiej armii, jest też jednym z jej największych koszmarów. Kolejność zwiedzania nie pozostawia złudzeń. Ostatnie piętro poświęcone jest ofiarom. Nie tym, które zginęły, ale tym, które ocalały. Krajobraz po bitwie to setki tysięcy okaleczonych weteranów a wraz z nimi rosnące zapotrzebowanie na protezy i przełom w chirurgi rekonstrukcyjnej, dziedzinie praktycznie nie znanej przed wojną. Rewolucje w psychiatrii, po raz pierwszy badającej, coś co teraz nazywamy zespołem stresu pourazowego. Migają mi przed oczami czarno-białe filmy jak ze slapstickowych komedii. Wąsaci mężczyźni trzęsący się w niekontrolowanych drgawkach, nie mogący usiąść na krześle ani przejść prosto kilku kroków. Ponure żniwo bycia pod ciągłym ostrzałem.

Kilka godzin później spotykam swojego pierwszego Niemca. Ten sam mundur, ten sam karabin, ten sam Stalhelm, który przed momentem widziałem w muzealnej gablocie. Uczestnicy grup rekonstrukcyjnych, powoli zjeżdżają się na obchody. Widok jest surrealistyczny i trudno się do niego przyzwyczaić. Jak gdyby ktoś wywołał duchy i zaplanował im wycieczkę. Wieczorem wszyscy spotykamy się na trawiastym placu w centrum miasta na „autentycznym biwaku z epoki”. Zupa gotuje się w kociołkach. Przed płóciennymi namiotami, suszą się na linkach lniane koszule i naprawdę wydaje się, iż w ziemię nie wbito ani jednego śledzia, który nie byłby historycznie wierny. Żołnierzy są już setki. Nowozelandczycy rozmawiają z Brytyjczykami, Włosi krzyczą „Avanti” maszerując po parkingu a Niemieccy szturmowcy po prostu idą na miasto. Im dłużej się im przyglądam, tym mniejszą mam chęć by z nimi porozmawiać. Ci ludzie są przebrani za wojnę. Ożywiają, z takich czy innych pobudek, to, co kończyło się śmiercią i kalectwem i jest w tym jakaś niesprawiedliwość. Weterani z filmowych kronik ledwo panowali nad swoim ciałem nie mówiąc już o udzielaniu wywiadów. Wstydzili się swoich ciał, straconej młodości. Podejrzewam też, iż w większości gardzili wojną i czuli uraz do Państwa i dowódców, którzy tysiącami wysyłali ich na bezsensowną rzeź. Nie sądzę też żeby ochoczo, w letni piątkowy dzień ubierali mundur, tą znienawidzoną wełnianą skorupę, której czasami nie ściągano tygodniami a która latem odparzała skórę, zimą zaś mokła i zamarzała na kamień. Wszystko to oczywiście tylko mi się wydaje. Radosna atmosfera pikniku niesie przecież nadzieję. Francuzi i Niemcy. Dwie światowe wojny a sierpniowe popołudnie w Verdun wolne jest od nienawiści. „Żołnierze” obu armii wymieniają uwagi. Jeden z nich trzyma na rękach małe dziecko. Cała scena napawa optymizmem, ale ludzie biorąc w niej udział, są… no cóż, zbyt żywi by mieć znaczenie. Wojna, przede wszystkim ta, którą nazywamy „pierwszą”, należy do zmarłych. Konflikt zmiótł monarchię, królestwa, wiekowe imperia. Roku 1918 nie da się przywołać. Został pogrzebany jak żołnierze na wzgórzach Verdun.
Zmarli milczą i w tej ciszy trwa cały sekret pamięci.

 

 

 

 

W turystyce cmentarnej, jak w każdej innej, najlepsze zostawia się na koniec. W tym przypadku jest to Ossarium Douamont. Perła w koronie pierwszowojennych nekropolii. „Ossarium” to dosłownie „pojemnik na kości”. Otwarty w 1932 roku obiekt to jedna z największych tego typu budowli na świecie. Trójka architektów Léon Azéma, Max Edrei i Jacques Hardy, stanęła na wysokości zadania. Ossarium to budynek monumentalny ale nie przytłaczający. Cylindryczny kamienny krużganek, przypomina trochę mroczne fantazję H.R. Gigera. Budynek jest niski i masywny, ale góruje nad polem bitwy dzięki potężnej dzwonnicy. Całość emanuje żałobną powagą. W kryptach spoczywa na wieki wieków 130.000 niezidentyfikowanych francuskich i niemieckich wojskowych. Na zwały kości można nawet zerknąć przez małe okienka. Piszczele, czaszki, żebra. Ma się wrażenie, że wysypano nimi fundament budowli i nie jest to aż tak wielka przesada. Piszczele, czaszki, żebra. Podstawowy budulec wojny. Po ossarium chodzi się w ciszy ale łukowaty korytarz i grube ściany i tak wzmacniają każdy dźwięk. Szuramy butami wśród zmarłych. Jest mała kapliczka, można usiąść, można zapalić świeczkę. Można czytać. Każdy kawałek ściany wyryto nazwiskami tych, których udało się zidentyfikować. Na zewnątrz budynku, na łagodnym trawiastym stoku, 25.000 identycznych białych krzyży. Na nich również widnieją nazwiska. Postanawiam zabrać kilka ze sobą. Przeczytać na głos. Powtórzyć. Zawieść do domu. Napisać reportaż, który składałby się tylko z nazwisk pisanych kursywą. Zapisuje ich imiona na chybił trafił. Dokładnie tak jak ginęli.
Eugene Brisard.
Gustave Girand.
Omer Charlot.
Pierre Bense.